niedziela, 2 września 2012

Co ja... 4

Powinno być wczoraj, ale miałem zbyt dużo rzeczy na głowie, więc pojawia się to dzisiaj.

Co ja... czytam?


Poza przypomnieniem sobie historii Polskiego Superbohatera Białego Orła oraz przeczytaniu Spider-Man: Powrót do domu (o którym już trochę napisałem, ale w tym tygodniu z pewnością pojawi się ciąg dalszy) i porzuceniu lektury podręcznika do prawa jazdy poza paroma komiksami i krótkimi artykułami w necie, nie przeczytałem nic więcej. Może trochę wstyd, ale po spostrzeżeniu zdania: "Samochód A ma pierwszeństwo przejazdu przed samochodem B, jeśli samochód C, w stosunku do samochodu D, ustawiony jest..." - podziękował, naprawdę będę się cieszył, jeśli nie będę musiał tego czytać w przyszłości.



Co ja... gram?

The Amazing Spider-Mana, o którym pisałem tydzień temu z hakiem, udało mi się skończyć. Teraz mogę go spokojnie podsumować. 
Co mi się podobało:
- bujanie się na pajęczynie po mieście, czy to pierwsza godzina grania, czy szósta, sprawia zawsze tyle samo frajdy.
- fabuła jest ciekawa oraz trzyma się kupy. Mamy oczywiście zwroty akcji - jeden spodziewany praktycznie od samego początku: skoro jest Connors, to wiadomo, że będzie Lizzard. Za to muszę się przyznać, że uwierzyłem, że spóźniłem się z antidotum i Gwen umarła (dla mnie to najmocniejsza scena z gry).
- walka - już o niej wspominałem, ale pisząc wtedy nie byłem takim koxem, jak pod koniec gry, więc w tej kwestii dużo się zmieniło na lepsze.
- bossowie - może nie wszyscy, ale szczególnie ci mechaniczni robili wrażenie.
- skradanie - moim zdaniem tej gry nie da się przejść metodą na Rambo, bo to prosta droga do śmierci.
- oczywiście charakterystyczna cecha Petera, czyli humor, również w tej grze jest obecny i można go spotkać na każdym kroku. Kto czyta komiksy z Pajęczakiem, ten wie, o czym tu mówię.

Co mi się nie podobało:
- za czyste, zbyt geometryczne miasto - praktycznie same wieżowce, prostopadłościany, bryły... Wiem, że to Nowy Jork, ale poza takimi budynkami chyba jest tam troszkę innych budynków.
- trochę sztuczne wydłużanie czasu gry poprzez zadania poboczne, których z czasem jest zatrważająca ilość. A to trzeba ratować cywilów przed zbirami albo transportować ich do szpitala, a to pomagać policji gonić bandytów w pościgu lub przy napadzie na bank, a to znowu robić zdjęcia dla reporterki, a to znowu biegać na czas do flary lub dawać się nagrywać na taśmę. Do tego dochodzi jeszcze zebranie 700(!) stron komiksów porozrzucanych po mieście oraz całych egzemplarzy komiksów poukrywanych w misjach. Naprawdę jest co robić, ale z czasem się to strasznie nudzi.
- niemechaniczni bossowie - walka z nimi nie była tak emocjonująca.
- drobne błędy

Ogólnie polecam tę grę wszystkim, choć z zakupem wstrzymałbym się do momentu, aż ta gra trochę potanieje. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale z pewnością warta zagrania szczególnie w sezonie ogórkowym, który powoli się kończy.

Po skończeniu Człowieka-Pająka miałem dylemat, którą produkcję ruszyć następną: Prototype 2 czy Sleeping Dogs. Po długim zastanowieniu zdecydowałem się na:


I na razie wsiąkłem w tę grę. Demolowanie miasta jest osom, pożeranie i zmienianie się w ofiarę, moce oraz klimatyczne filmiki - to już mi się podoba. Fabuła również jest intrygująca i powoli się rozwija. Zobaczymy, co będzie dalej. :)

Co ja... słucham?

W Alone in the dark nie grałem, ale słuchając tej piosenki mam wielką ochotę pograć:


Co ja... oglądam?

W tym tygodniu moje oczy zostały potraktowane gównem.

To, że literka M w MTV już od dawna nie oznacza Music, każdy już wie, ale czasami, z nudów chyba, udało mi się jakoś bezboleśnie obejrzeć jakąś produkcję. Po co? Przede wszystkim pośmiać się ze sztuczności, reżyserki i amerykańskich nastolatków. Radość skończyła się, gdy obejrzałem program Operacja Stylówa. O eM Gie. Takiego dna w życiu nie widziałem. Program polega na tym, że największe wieśniary-pustaki-plastiki-tipsiary zmieniają swój styl dzięki robotowi. Polecam posłuchać, co one sobie prezentują, bo można w łatwy sposób się dowartościować i zapomnieć o wszystkich swoich kompleksach. Najgorsze jest jednak to, że powstała polska edycja  tego programu z naszymi, swojskimi pięknościami.



Nie są to oczywiście wszystkie "bohaterki", ale nawet po tych zdjęciach widać "poziom" tego programu. Jeśli kiedykolwiek włączycie ten program, to szybko go wyłączcie lub skaczcie przez okno - to i tak będzie mniej bolało, niż samo oglądanie tego.

Nienawidzę sztuczności, a ta często występuje w telewizji. Ulubieniec Strasburger opowiada kolejnego suchara w Familiadzie, a ty siedzisz przed TV z ponurą miną i krew cię zalewa, kiedy słyszysz śmiechy publiczności. HAHAHAHA...żałosne. To samo jest z kabaretami (choć zdarzają się wyjątki). Ktoś coś powie, przewróci się, twoja mina się nie zmienia, a realizator pokazuje kładącą się ze śmiechu publiczność. W takich chwilach zastanawiam się zawsze: czy to ze mną jest coś nie tak, czy co? Kocham cię, Polsko - prowadzący i uczestnicy zalewają się łzami, widać, że świetnie się bawią, a ty siedzisz i się dziwisz: czy to programy rozrywkowe - jak nazwa wskazuje - mają bawić ciebie, czy tylko uczestników? Takich programów jest więcej, ale wczoraj, po kilkuletniej przerwie, dałem szansę programowi Mam Talent i już tego więcej nie obejrzę. Znowu widzę, że "tam" bawią się lepiej niż przed ekranem. Nuuuuda, trochę reklam, ktoś zaśpiewa, znowu reklamy, gęby roześmianego jury, rycząca ze śmiechu publika, znowu reklamy, koniec. Nie takiej rozrywki oczekuję. Nie dziwię się również spadającym słupkom oglądalności. Telewizjo, ci, co cię oglądają, nie są idiotami i nie wciśniesz im takiego gówna. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz