piątek, 16 stycznia 2015

Tajna Inwazja - recenzja

Grzegorz postanowił napisać dla was kolejną, po Synach Anarchii (klik), recenzję. Tym razem na tapetę wziął przedostatni tom z wydanych przez Wielką Kolekcję Komiksów Marvela, czyli Tajną Wojnę. Jego opinia jest dla mnie tak zaskakująca, że postanowiłem i ja wtrącić swoje 5 Groszy do niej. Zapraszam do przeczytania.

Już w momencie zapowiedzi przez wydawnictwo Mucha Comics wydania serii New Avengers wiedziałem, że na naszym rynku ukażą się wspaniałe komiksy. No bo jak inaczej ukazywać losy drużyny Avengers i ich wpływu na całe uniwersum bez pokazania czytelnikom serii z finałami wielkich eventów jak Civil War, Secret Invasion czy Siege. Niestety, potem zasmuciła mnie wieść, że Mucha wstrzymuje wydawanie komiksów Marvela z powodu ukazywania się Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela - oznaczało to zakończenie przygód New Avengers, ale na szczęście nie był to koniec nadziei na eventowe serie.

I tak w ostatnim tygodniu w moje ręce wpadł w końcu komiks Secret Invasion, w którym Brian Michael Bendis, po długim przygotowaniu gruntu, odpala bombę, jaką jest inwazja Imperium Skrulli! Uwaga, ostrzegam, że zaraz będzie masa spojlerów. 


Cały rok przed startem eventu autor przygotowywał grunt pod tę historię, wprowadzając drobne elementy, które miały zwiastować nadchodzące wydarzenia. We wstępie wydania Hachette, Marco Lupoi, wskazuje, aby przejrzeć dokładnie Upadek Avengers (WKKM 9) i przyjrzeć się atakowi Kree. Podobno widać tam Skrulla walczącego z Armią Kree – ja nie znalazłem, ale jakoś specjalnie się nie przykładałem do poszukiwań. Niestety nie było nam dane w Polsce poznać wydarzeń prowadzących do Inwazji, choćby przez zaprzestanie kontynuacji New Avengers, gdzie na końcu 31 numeru ginie Elektra, która okazała się być Skrullem. I to właśnie jej śmierć „rozpoczyna” Inwazję. Od tego momentu nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Zostało zasiane ziarno niepewności, które w połączeniu z bałaganem, jaki panuje w uniwersum Marvela po wydarzeniach z Civil War, daje niezłego kopa w mózgownicę.


Akcja toczy się bardzo szybko, przeskakuje między odległymi, lecz zależnymi od siebie miejscami, aby płynnie z krótkiego „wstępu” rzucić czytelnika w wir wydarzeń i na maksa wciągnąć w komiks. Widzimy sekcję Elektry, gdzie Stark wraz z Pymem i Mr Fantastikiem starają się rozszyfrować, dlaczego nie rozpoznali Skrulla, po czym przenosimy się do bazy SWORD, następnie do Savage Landu, a Bendis odkrywa przed nami swoje karty i ujawnia pierwszych agentów Skrulli, zaczynając od komandora Dugana z SHIELD, który wysadza bazę SWORD, przechodząc do Jarvisa, wiernego lokaja Avengers, który aktywuje wirusa wyłączającego technologie Starka, a co za tym idzie - samego Iron Mana. Padają systemy w fabrykach Stark Enterprises, obrona więzienia Raft i Cube, ba, nawet transkopter SHIELD „spada z nieba”, a to dopiero początek. Dwie najważniejsze organizacje chroniące Ziemię „padły”, obie drużyny Avengers skłócone i uwięzione w Savage Landzie odnajdują statek, w którym znajdują się… oni sami? Teraz naprawdę nie wiadomo, kto jest kim, a akcja przenosi się na Manhattan, gdzie Sue Storm (Skrull) dosłownie przenosi Baxter Building do Strefy Negatywnej, Pym (Skrull) eliminuje Mr Fantastika, a w ziemskiej przestrzeni kosmicznej pojawia się flota Imperium Skrulli. Ciekawi, co dalej? Ja nie mogłem się oderwać od komiksu! Nagle okazało się, że potrzeby fizjologiczne przestały być ważne - przecież muszę wiedzieć, jak to się skończy, kto jeszcze jest Skrullem, jak z tego wybrną moi ulubieni bohaterzy! Bendis naprawdę trzyma poziom - gdy już myślimy, że coś wiemy, nagle okazuje się, że nic, co brałeś za pewnik, pewnikiem nie jest. Skrulle są bardzo sprytnym przeciwnikiem, podstawili swych agentów dosłownie wszędzie, mało tego, niektórzy agenci nawet nie wiedzieli, że są Skrullami, a dodatkowo potrafią świetnie zasiać ziarno niepewności, wmawiając innym, że to właśnie oni są agentami Imperium. I tak jesteśmy przy końcu trzeciego numeru, a przed nami jeszcze pięć! Dodam tylko, że końcówka wymiata, tego, co się stało, nie spodziewał się chyba nikt.

No może dosyć już o samej fabule, czas pochwalić artystów, a jest za co. Bendisa za fabułę - cały scenariusz komiksu jest bardzo dobry, jak dla mnie trzyma poziom od początku do końca, cały czas czymś zaskakuje i jest nieprzewidywalny. Drugi artysta zasługujący na pochwałę to Leinil Francis Yu, rysownik, który oddaje postacie bardzo dynamiczne, kadry są pełne akcji, a końcowe podwójne strony zapełnione bohaterami powalają na kolana. Bardzo podobają mi się twarze, które są pełne szczegółów, te niezwykłe oczy, rzęsy, to wszystko w połączeniu z pracą kolorysty i tuszem nadaje postaciom życia.

Szkoda tylko, że w polskim wydaniu tak mało jest dodatków. Pokuszono się jedynie o dwie strony informacji o rysowniku oraz dwie strony okładek. To trochę mało, bo o całym tym wydarzeniu można było sporo napisać.

Album ten pod wieloma względami zasługuje na szóstkę, jak dla mnie to najlepsza pozycja w całej sześćdziesiątce, mimo że ta nie dobiegła jeszcze końca i zostanie przedłużona o kolejne tomy. Gorąco zachęcam wszystkich do zapoznania się z komiksem - jest to pozycja OBOWIĄZKOWA dla każdego fana Uniwersum Marvela.


4 komentarze:

  1. Absolutnie się z Tobą nie zgadzam Grzegorzu, bliżej mi do opinii Geeka. Sam pomysł inwazji Scrullów podszywających się pod superbohaterów jest genialny i daje duże pole do popisu dla scenarzystów. Niestety z dużej chmury spadł mały deszcz. Większość kadrów komiksu zajmują epickie bitwy, nie ma w tym żadnej treści, napięcia, ot kolejny komiks akcji, gdzie jak wiadomo Scrulle i tak dostaną na końcu solidnego łupnia. Czego mi zabrakło w tym komiksie? Ano właśnie tego o czym pisałeś. Napięcia, nieprzewidywalności, psychologicznej wiarygodności postaci. Jeśli oglądaliście film "Coś" Johna Carpentera lub nawet młodszy remake to wiecie, że fabuła jest podobna do "Tajnej Inwazji". Kosmita podszywa się pod kolejnych członków stacjonujących w bazie na Antarktydzie i nikt nie może być pewien czy jego towarzysz nie stał się wrogiem. Tam jednak wygrano temat na subtelności i stopniowym budowaniu napięcia. W "Tajnej Inwazji" wszystko właściwie podane jest jak na tacy, kolejni bohaterowie okazujący się Scrullami nie szokują, przegrano nawet dosyć ciekawy motyw manipulacji umysłem Tonego Starka czy włączenia się superzłoczyńców do walki o Ziemię. Nie jestem w stanie wskazać w tym komiksie ani jednej zalety, prócz samego pomysłu, niestety zmarnowanego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak poza tematem, ale nie moge sie powstrzymac przed reklama jednego z moich ulubionych pisarzy: w opowiadaniu Petera Wattsa 'Cosie' przedstawiono te wydarzenia z drugiej strony, tzn. z perspektywy kosmity : ) U nas wydal to MAG w zbiorze 'Odtruttka na Optymizm'.

      Usuń
  2. U la la, czytając reckę Grzegorza przypomniały mi się własne wrażenia z lektury Mega Marvela - Infinity War z 1994 roku :D Niektórzy może pamiętają że działy się tam bardzo podobne historyjki jak w Tajnej Inwazji, np: podmienieni herosi, przeskakująca akcja, szerokoekranowe naparzanki, itd.
    Cóż, obecnie bliżej mi do opinii Geeka, a z oceny dokonanej przez Grzegorza szydzić nie zamierzam, choć długa droga jeszcze przed nim, no i fajnie. Howgh!

    OdpowiedzUsuń
  3. Heh, ja też od razu skojarzyłem to z Infinity War z MM:-)
    Niestety mnie też bliżej do opinii Geeka. Lektura SI w moim przypadku była tak zajmująca i fascynująca że zasnąłem w trakcie czytania 7 części. Może gdyby w Polsce ukazała się większość tie-inów związanych z tym cross-overem to czytałoby się to inaczej, a tak to tylko kolejna rozpierducha bez ładu i składu sygnowana przez Bendisa.

    V

    OdpowiedzUsuń