wtorek, 26 maja 2015

Czerwony Syn - recenzja!

Czytaliście już Czerwonego Syna, którego nie tak dawno temu wydał Egmont? Jeśli nie, to koniecznie przeczytajcie recenzję Grzegorza! Może ona zachęci was do  sięgnięcia po ten komiks.

Jak wyglądałoby życie mieszkańców Metropolis bez Supermana? Co by się stało, gdyby kapsuła z Kryptona wylądowała na terenie Związku Radzieckiego, a najpotężniejszy bohater, symbol wolności i amerykańskiego stylu życia, został pupilem Stalina? Taki oto pomysł zrodził się pewnego dnia w umyśle Marka Millara - jednego z wybitniejszych scenarzystów komiksowych, u nas znanego z serii Kick Ass czy też Wolverine: Wróg Publiczny od Mucha Comics lub licznych komiksów z WKKM jak Staruszek Logan, Ultimates. Ale sam pomysł to tylko połowa sukcesu, na drugą połowę złożyła się świetnie zbudowana historia pokazująca, jak chęć niesienia pomocy z niewłaściwych pobudek może przyczynić się do upadku nawet najpotężniejszej istoty na Ziemi.


Przedstawione wydarzenia nie dzieją się w kanonie DC, jest to powieść graficzna w stylu „co by było, gdyby…”, także autor nie miał żadnych ograniczeń co do historii postaci, ich związków, genezy czy też przeciwników. Pominięty został okres dorastania, dostajemy dorosłego Supermana działającego na rzecz partii. No szkoda, chętnie zobaczyłbym towarzyszy Marthę i Jonathana Kentów oraz wydarzenia prowadzące do pojawienia się Clarka przy boku Stalina. W komiksie poza Supermanem dostajemy nie tylko grono postaci znanych z uniwersum DC jak Batman, Lex Luthor, Lois Lane, Jimi Olsen, Brainiac czy Hal Jordan i Wonder Woman, ale także znanych z naszej historii jak Kennedy i wspomniany już Stalin. Każda postać ma do odegrania swoją rolę w tym podzielonym na trzy akty dziele. Amerykanie w obawie przed zagrożeniem utraty wolności płynącym ze strony Człowieka ze Stali zwracają się do najwybitniejszego naukowca, Lexa Luthora, o pomoc. Ten, chcąc wyrównać siły między USA a Związkiem Radzieckim, tworzy amerykańską wersję superczłowieka mającego stawić czoło Supermanowi, z jakim efektem? Zachęcam sięgnąć po komiks. Millar stworzył mocną historię, w której przedstawił komunizm i kapitalizm, nie opowiadając się jednoznacznie po żadnej ze stron. Pokazał nam mocne jak i słabe strony obu systemów oraz przemianę dwójki bohaterów z ludzi walczących za ojczyznę do fanatyków, którzy oddadzą wszystko, aby osiągnąć swój cel. Kreacje postaci w Czerwonym Synie są bardzo udane, poznajemy Batmana – anarchistę walczącego z systemem, pałającego nienawiścią do rządu, Wonder Woman, która poznaje świat u boku Supermana, Lois Lane, która nią nie jest. Ciekawie wprowadzono postać Green Lanterna - zdradzę, że Korpus Zielonych Latarni jest tu tworem rządu amerykańskiego i Lexa Luthora. Warto jeszcze dodać, że autor co jakiś czas puszcza oko do fanów Człowieka ze Stali, przemycając w dialogach lub na obrazkach różne wydarzenia z historii Supermana. 

Czerwony Syn to nie tylko świetny scenariusz, to również bardzo dobry album pod względem graficznym, Dave Johnson i Kilian Plunkett wspólnie stworzyli klimatyczne rysunki, całość ma przepiękne kolory i stanowi spójny przekaz wizji świata wykreowanego w głowie Millara. Bardzo podoba mi się grafika na okładce, jak i miniplakaty propagandowe na początkowych kartach zdobiących wstęp napisany przez Toma Desanto. Album poza wspomnianym wstępem został wzbogacony o 16 stron z grafikami z etapu powstawania komiksu oraz posłowie Kamila Śmiałkowskiego. Wszystko to zamknięte jest w twardej oprawie z obwolutą w powiększonym wydaniu liczącym sobie 168 stron. O plusach i minusach Egmontowych wydań DC Deluxe pisałem już przy recenzji Batmana: Ziemia Jeden, każdy lubi co innego, ja wręcz wywaliłbym te obwoluty, są niewygodne i łatwo można je uszkodzić… Wszystkim niezdecydowanym szczerze polecam, jest to komiks, do którego na pewno wrócę, mimo iż Elsewordy nie są moimi ulubionymi komiksami, choć po lekturze Batmana i Supermana zaczynam chyba przychylniej patrzyć na tego typu dzieła.

Ocena:

1 komentarz:

  1. Fakt, smaczki w komiksie są zacne. Zwłaszcza fani Latarni się ucieszą, że cała ziemska czwórka ringslingerów znalazła się choć przez chwile w kadrach ;)

    OdpowiedzUsuń