środa, 24 lutego 2016

Wasze top10 Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela - cz.8

Najwyższa pora podsumować kolejną dziesiątkę i przekonać się, jaki tytuł przypadł wam najbardziej do gustu, a z jakim musieliście się męczyć i pytać samych siebie: "Po co ja to kupiłem". Zapraszam do podsumowania!

Miejsce 10 (-11 punktów)




Na minus:

waydack: Podobnie jak z Hulkiem, chciałem poczytać klasyczne przygodny Tonego Starka i mocno się zawiodłem. Scenariusz słaby a wątki "komediowe???" z tym piegowatym agentem SHIELD, który na każdym kroku chwali się swoim szkoleniem, mogą doprowadzić do czarnej rozpaczy albo rozstroju nerwowego.

Miejsce 9 (-3 punkty)


Na plus:

Anonimowy: Klasyczna historia z Hulkiem, gdzie ten musi użerać się w generałem Rossem i jego wojskiem i paroma innymi przeciwnikami. Co prawda pewnym minusem są Inhumans i ich wydumane problemy, ale cała reszta komiksu na plus.

waydack: Hulk jest moim ulubionym marvelowskim herosem, którego darzę miłością totalną. Odkąd sprał Lokiego i rzucał nim jak lalką w filmowym "Avengers" nawet moja żona za nim szaleje. Gdybym znał angielski tak samo dobrze jak Wojtek Abram już dawno bym przeczytał klasyczne przygody Zielonego Goliata. Ten tom to wymarzony prezent na gwiazdkę. Wczesne przygody Hulka w jego własnym tytule. Czego chcieć więcej?

Miejsce 7 (-2 punkty)


Na minus:


Marcin Chudoba: 

Gdyby nie fakt, że w uniwersum Marvela na poważnie siedzę od kilku lat, a na niepoważnie nieco dłużej, to sporej części bohaterów ukazanych w tym komiksie pewnie bym nie znał (zakładam, że trudno nie znać Kapitana Ameryki, Czarnej Wdowy czy Beasta - co chwilę emitują jakiś film z ich udziałem w TV). Niestety, ich połączenie w jednym zespole nie wydaje się specjalnie przemyślane. Stawiałbym tu na losowanie na zasadzie "Kto dawno nie był w żadnym komiksie i mogę go wykorzystać?".
Potencjał Eda Brubakera, który świetnie ukazała współczesne oblicze Kapitana Ameryki (choćby w "Zimowym Żołnierzu") i mógł stworzyć bardzo dobry komiks akcji/szpiegowski został zmarnowany na przewidywalną historyjkę o tajemniczym artefakcie™, złej organizacji™ oraz wyprawie na Marsa, która oczywiście zakończy się obowiązkową nawalanką™ rozegraną na zasadzie "dobrzy dostają łomot, a następnie dochodzi do zwrotu akcji™".
Rysunki Mike'a Deodato prezentują się nijako, są nudne, bez życia i zwyczajnie sztywne - w niektórych kadrach bohaterowie prezentują się tak, jakby robili za figurki dla dzieci.
Niestety, nie jestem zadowolony z lektury, nie polecam, a pan piszący wstępy do każdego tomu powinien zostać obciążony i zwolniony za rażące superlatywy i przekłamania, które stara się wcisnąć czytelnikom przy każdej możliwej okazji.

Tomasz Żaglewski: We wstępie albumu przeczytałem, że "Tajni Avengers" zostali pomyślani, jako bardziej "przyziemna" i szpiegowska wersja Avengers. Pomysł świetny. Dlaczego zatem sama historia znów kręci się wokół kosmicznych artefaktów i pradawnych bóstw? Jedyny plusik za drugoplanowy występ Moon Knighta, którego zauważalny brak w WKKM to wielki grzech kolekcji.

V:  Doctor Strange - kolejny knot który wyszedł spod pióra "niezrównanego" Stana Lee, przewidywalny i nużący, nieocenione lekarstwo na bezsenność - czytałem chyba na 3 lub 4 razy bo zasypiałem po 2-3 rozdziałach, skończyłem z ulgą...Strange ucieka, Dormammu wysyła duchy, tudzież zbirów, Strange znów ucieka, Dormammu go łapie, Strange ucieka i tak w kółko...niee, litości;


Na plus:


Anonimowy: 

Strange, Baron Mordo, Dormammu, Clea, wiele dziwnych wymiarów, a to wszystko w jednym komiksie - czegoś chcieć więcej? Jeden z najlepszych komiksów całej kolekcji!2. Incredible Hulk: Potwór na wolności - klasyczna historia z Hulkiem, gdzie ten musi użerać się w generałem Rossem i jego wojskiem i paroma innymi przeciwnikami. Co prawda pewnym minusem są Inhumans i ich wydumane problemy, ale cała reszta komiksu na plus.

Miejsce 6 (0 punktów)


Na minus:

Marcin Chudoba: Dobra, niewymagająca myślenia sieczka. Tyle, nic więcej. Komiks w ogóle nie oddaje klimatu historii, która miałaby pogodzić Iron Mana, Kapitana Amerykę i Thora po ciężkiej i brutalnej wojnie domowej oraz jej następstwach (a takie przecież były założenia twórców). I w mojej opinii na 100% nie powinny przyczynić się do tego pogadanki o seksie, kobietach i wspólna walka z wrogiem.

Tomasz Żaglewski: Od pewnego czasu część komentujących WKKM atakuje klasyczne albumy oskarżając je o przegadanie i nastawienie na gusta małoletnich czytelników. Cóż, "Pierwsi Avengers" to doskonały przykład współczesnego komiksu, który będąc teoretycznie pozbawionym dyktatury tekstu i celującym w bardziej "dorosłą" tematykę okazuje się jednocześnie jałowy fabularnie i zwyczajnie bezsensowny. Pomijam fakt, że zasadniczy dla historii wątek pojednania Thora, Kapitana Ameryki i Iron Mana dałoby się znacznie lepiej przedstawić w o wiele krótszej i bardziej kameralnej historii, ale czy naprawdę jedynym pomysłem Bendisa na pogodzenie bohaterów poróżnionych na gruncie ideologicznym, politycznym i osobistym były erotyczne żarciki przy ognisku?

Na plus:

waydack: Komiks prosty jak drut. Bez fajerwerków, zaskakujących zwrotów akcji, epickich momentów. A jednak jest to klasyczna, bardzo dobrze opowiedziana historia o przyjaźni i pojednaniu. Trudno wymyślić lepsze postctiptum do Civil War.

V: Pierwsi Avengers, lekka, niewymagająca, momentami dowcipna (a momentami tylko próbująca taką być) historia o pojednaniu pierwszych klasycznych Avengers. Dupy nie urywa ale w zalewie klasyków i megaprzeciętnych współczesnych "dzieł" i tak wystarczyło by załapać się na podium.

Miejsce 5 (1 punkt)



Na minus:

V: FF: Nadejście Galactus - po prostu dno i dwa metry mułu i kolejny dowód na to jak infantylne były komiksy w tamtych czasach. Nudne, przegadane, nużące i nie zapadające w pamięć, może to wymóg czasów w których były pisane ale jak dla mnie ta historia nie ma racji bytu wśród współcześniejszych tytułów.

waydack: Ja wiem, że w latach 60-70 komiksy często były infantylne, ale wyjątkiem byli niedoceniani przez lata X-Men. Nadejście Galactusa? Istoty niemal boskiej, przed którą drży cały kosmos a przygoda z nim trwa raptem 1,5 numeru zamiast epickiej sagi? W dodatku scenariuszowe dziury - Silver Surfer podróżuje po nieskończonych otchłaniach galaktyki by wylądować przypadkiem w NY w mieszkaniu Alicji Masters. Stan, mocno tym razem przegiąłeś.

Na plus:

latrel45: Nie zestarzał się. Mamy origin Inhumans, Galactusa i Silver Surfera. Trzeba coś dodać?

Tomasz Żaglewski: Klasyka klasyki, tzn. komiks, który powinien znaleźć się w pierwszej 5 całej WKKM. Wizjonerskie rysunki Kirby'ego i kultowa, wielokrotnie wykorzystywana opowieść Lee. I choć bardziej podobał mi się wątek spotkania z Inhumans, to jednak obok komiksowego debiutu Galactusa nie można przejść obojętnie.

Miejsce 4 (3 punkty)


Na plus:

Tomasz Żaglewski: Komiks przełomowy wizualnie i archaiczny fabularnie. Jest to również największa kopalnia czerstwych żartów, jaką spotkałem w komiksie Marvela.

latrel45: Dobry komiks akcji.


Miejsce 3 (4 punkty)


Na plus:

Tomasz Żaglewski: I znów zaskoczenie! Można narzekać na parę głupotek w tym albumie (choćby wątek przygotowywania nowego kostiumu Falcona przez Czarną Panterę), ale zasadnicza wymowa tej historii pozostałą boleśnie aktualna - także i dziś, kiedy mamy do czynienia z wieloma przykladami oprawców, którzy podają się za mężów stanu. Lektura przyjemna i do refleksji.

Marcin Chudoba: Dobra i ponadczasowa historia o tym, jak osoby fałszujące informacjami, manipulujące mediami i opinią publiczną są w stanie zagrozić każdemu (nawet najbardziej szacownym obywatelom), gdy w grę wchodzi chęć objęcia władzy.


Miejsce 2 (8 punktów)


Na minus:

waydack: Żenada. Nie jestem omnibusem uniwersum i miałem o tej postaci szczątkową wiedzę, ale nie dziwię się, że nie osiągnęła sukcesu i nie wybiła na pierwszy plan. Pseudofilozoficzne kosmiczne brednie, irytujący Rick Jones i kalka z Shazama. To zasługuję na surową, najgorszą ocenę.

Na plus:

V: Nie przepadam za space operami tym bardziej w wydaniu "klasycznym", dlatego bardzo sceptycznie podszedłem do lektury tego tomu a tu taka niespodzianka. Momentami bardzo głębokie, przemyślane dialogi Starlina, ciekawa, wciągająca fabuła i rysunki, co prawda nie jakieś wybitne i dość standardowe dla tamtego okresu, ale momentami psychodeliczne i zakręcone, a mając świadomość że Starlin w tamtym okresie dość ostro flirtował z LSD dodaje im dodatkowego smaczku i co najważniejsze w przeciwieństwie do lwiej części zamieszczonych w WKKM klasyków z pewnością nie jest to komiks który zawierałby aż tak przesadnie dużą dawkę infantylizmu. Dodam tylko że jestem już po lekturze finału tej historii i jeżeli w kolejnych 9 tomach nie wydarzy się cud (a nie sądzę)to ja już mam swojego kandydata na numer jeden kolejnej dziesiątki ;)


Miejsce 1 (27 punktów)


Na plus:

waydack:  Fajnie się czytało, choć szczerze mówiąc, niestety to nie jest jakiś przełomowy komiks. Z braku laku ląduje na trzecim miejscu.

V: Niby nic specjalnego ale mam sentyment do mutantów i jakby nie patrzeć komiks ten stanowi niejako preludium do egmontowskich serii więc miejsce drugie.

amsterdream: I to byłoby na tyle jeżeli chodzi o te dobre. Najgorsza 10 od początku kolekcji. Za dużo tych ramotek z lat 60-tych.

Marcin Chudoba: Bardzo dobry komiks, poruszający trochę istotnych kwestii. Nawet nie chodzi o sam rozłam w szeregach X-Men. Najbardziej dotknęły mnie słowa Idie, w których stwierdziła, że jest grzesznicą bo urodziła się mutantką. Oczywiście przyczyniła się do tego propaganda społeczna nieszanująca różnic na różnym tle. Niestety, problem bardzo aktualny we współczesnym realnym świecie. Graficznie jest różniej, jednak najbardziej przemówiły do mnie ilustracje z zeszytu "X-Men: Regenesis". Dokładniej rzecz biorąc ukazanie wyboru stron konfliktu jako walki plemion.


3 komentarze:

  1. Polemizował bym ostro z V jesli chodzi o "Życie i śmierć Kapitana Marvela". To, że ktoś bierze LSD nie staje się od razu oświeconym genialnym pisarzem. Właściwie brednie narkomanów są tylko bredniami tak jak osób chorych psychicznie. Studiowałem scenariopisarstwo, analizowaliśmy dziesiątki filmów, także pod kątem dialogów. Dla mnie gadka w stylu "Musisz Mar-Vell zajrzeć w głąb siebie, zmienić się i odkryć swoje prawdziwe ja" to bełkot. Może ktoś odnajdzie w tym wyższy sens, ja go nie widzę, o wiele lepsze dialogi pisał Stan, wypowiadane z chmurek The Thinga z Fantastycznej Czwórki. Bez patosu, pseudofilozofii, po prostu zabawne ale i życiowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polemizować możesz, ale weź pod uwagę że jeden lubi kawior i szampana a inny chleb ze smalcem ;) Każdy jest inny, zwraca uwagę na inne detale i co innego mu się podoba, a mnie w tym albumie oprócz w większości słabych wstawek z Rickiem Jonesem większość przypadła do gustu. Mnie np nie podobało się 1602 nad którym wszyscy piali z zachwytu. W kwestii LSD bardziej chodziło mi o rysunki aniżeli tekst, ale niech Ci będzie. Ja akurat studiowałem ekonomię a nie scenopisarstwo więc nie rozbieram każdego tytułu na części pierwsze i dla mnie dialogi w Mar-Vellu były składne i w miarę sensowne dużo bardziej niż proste i infantylne dialogi Stana, taka paplanina dla maksymalnego wypełnienia każdego kadru, dla odbiorców w przedziale 10-15 lat, byle by tylko było... Nie czarujmy się ale akurat większość komiksów Marvela do najambitniejszych nie należy, a jeżeli już faktycznie będę miał ochotę przeczytać coś głębszego to sięgnę raczej ponownie po "Maus", "Strażników" czy "V jak Vendetta" ;)

      V

      P.S. Weź pod uwagę że album ten ostatecznie zajął 2 miejsce czyli o 3 przed FF, więc nie tylko mnie się podobał, ale ja akurat podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami na jego temat :)

      Usuń
  2. Szkoda, że Doktor Strange tak nisko, bo to rewelacyjny komiks, Hulka też trochę szkoda:(
    No i widzę, że o ile znalazły się w cytowanych moje komenty odnośnie Strange'a i Hulka, o tyle komentarz o X-Menach już nie, zbyt kontrowersyjny? :P

    OdpowiedzUsuń